wertercia pisze...Przeznaczenie Artam, bo tak brzmialo imie malej dziewczynki obserwujacej smierc arcykaplana, wyszla z otoczonego baldachimem loza, ubrala sie i nie ogladajac sie za siebie opuscila pospiesznie komnate i palac, w ktorym spedzila ostatnie dwa lata swego zycia. Ktory byl miejscem, gdzie poznala swe przeznaczenie. A takze umiejetnosci niezbedne do jego wypelnienia. Przeznaczenie bywalo bowiem kaprysne, nikt, nawet arcymag nie mogl dokladnie odczytac sadzonego im losu i trzeba bylo wniesc wlasny wysilek i wiedze, by pomoc temu przeznaczeniu, ktore wydawalo sie najpelniejsze. Nikt nie byl w stanie calkowicie ogarnac i kontrolowac przeznaczenia. Podazalo ono swoimi wlasnymi sciezkami. A jednak wydarzenia ostatnich tygodni dokladnie odpowiadaly krazacym w krainie od wielu pokolen legendom. Legendom zwiazanym z nadejsciem Bezimiennego. Legendom pelnym terroru, cierpienia i smutku. Zgodnie z tymi legendami, a raczej przepowiedniami Artam powinna udac sie teraz do grobowcow stolicy i powinna przeprawic sie na druga strone swiata przez jezioro bez fali. Nikt jeszcze nigdy przed nia nie odbyl tej drogi. Nikt nie wiedzial czy ta droga w ogole istniala. Nikt nie mogl tego sprawdzic. Nikt, w kogo przeznaczeniu nie bylaby ona zapisana. A tak sie skladalo, ze byla zapisana w przeznaczeniu malutkiej Artam. To, co sie mialo stac po przeprawie bylo wielka niewiadoma. O tym nie mowila zadna przepowiednia. Ograniczaly sie one jedynie do stwierdzenia, ze z drugiej strony swiata nadejdzie ten, kto pokona Bezimiennego, ten, kto roztopi dotykiem dloni skale Mirat Ed, pod ktora, kryc mial sie jedyny orez mogacy pokonac wladce cieni. Artam weszla do grobowcow. Nie zapalila zadnej lampy. Droge, ktora miala przejsc znala na pamiec. A swiatlo zawsze budzilo cienie i moglo sciagnac na nia los, ktory spotkal Strazniczke Ciemnosci. Dziewczyna minela jej zwloki i szla nadal przed siebie. Pajaki wyczuwaly jej obecnosc, ale nie wydawaly sie tym ani zaniepokojone ani w ogole zainteresowane. Droga Artam byla o wiele spokojniejsza niz droga, ktora we snie odbyla Matylda. Dla Artam byla to bowiem droga jej przeznaczenia. A jakie bylo przeznaczenie Matyldy? W jej przekonaniu nie bylo zadnego. Jedynym celem jej bezsensownego zycia byla smierc. Czula, ze sie do niej zbliza. I nie czula zalu. 2004-12-24 02:30:26 skomentuj (0) Potknięcie Przez kilka następnych nocy Matylda odwlekała jak mogła moment pójścia do łóżka. Za wszelką cenę nie chciała wrócić do tamtego strasznego miejsca. Samo jego wspomnienie sprawiało, że gęsia skórka pokrywała jej ręce i kark a znajdujące się tam i przeklęte przez Matyldę jako powód jeszcze jednego kompleksu włosy, stawały dęba, nadając jej, już i tak dostatecznie beznadziejnej postaci, jeszcze bardziej odrażający wygląd. Siedziała więc do późna w nocy przed komputerem buszując po necie w poszukiwaniu, nie wiedzieć czemu bynajmniej nie przerażających jej, gotyckich obrazków i kawałków muzyki. A gdy oczy piekły ją tak, że nie mogła wytrzymać, zrzucała resztę ubrania, przeważnie były to tylko majtki, odkręcała kurki w wannie, siadała w niej i czekała aż się napełni w dwóch trzecich. Po czym przełączała wodę na prysznic, zanurzała go do wanny i kierowała strumień między lekko rozszerzone nogi. To było cudowne uczucie i pozwalało, choć na moment, zapomnieć o całym jebanym świecie. Za nic nie mogła sobie w takich chwilach wyobrazić po jakiego chuja kobiecie jakiś tam facet, skoro najwyraźniej nie ma żadnego problemu z tym, żeby zaspokoić się samej. Z tą myślą, kołaczącą się gdzieś w tyle czaszki, opadała na swe cudwone żółto-zielone pasiaste poduszki i zapadała w sen. Pobudki nie były przyjemne. Ale chrapliwe, uporczywe gderanie babki nie pozostawiało złudzeń, że uda jej się złapać jeszcze trochę snu. Boże, zajebię kiedyś tą kobietę – myślała i ubierając się z dziką satysfakcją planowała krwawą rozprawę z matka jej matki. W szkole, oczywiście, niemal zasypiała na lekcjach, co zaowocowało kilkoma kapami i to nawet z jej ukochanych przedmiotów chemii i angielskiego! Poza tym musiała wyglądać zaiste strasznie skoro nie tylko jej koleżanki, ale nawet wychowawca wyraził zainteresowanie i zaniepokojenie jej stanem zdrowia, a młodsze dzieci po prostu uciekały na jej widok. Działania zabezpieczające były skuteczne, sen nie wracał i Matylda powoli zapominała o namacalnym lęku, który był z nim związany. W końcu pozwoliła sobie na komfort pójścia do łóżka niemal natychmiast po powrocie z rodzinnych zakupów w niedalekim M1. Nabyła nową bluzkę, rajstopy i torebkę, ale jakoś już w samochodzie rzeczy te przestały ją cieszyć, wrzuciła je więc na dno szafy, gdzie walało się całkiem sporo różnego rodzaju odzieży, po części z oryginalnymi metkami, zdjęła ubranie, rzuciła je na krzesło, na którym wisiała już potężnych rozmiarów sterta ubrań, wślizgnęła się pod kołdrę i zasnęła. Tym razem trafiła do snu, za którym tęskniła. I który niemal zapomniała. Było gorąco. Powietrze nad rozgrzanym asfaltem falowało. W oddali majaczyły zabudowania, które albo były realną, o ile we śnie może być coś realnego, stacją benzynową albo fatamorganą. Matylda nie tylko miała silne postanowienie by tym razem się o tym ostatecznie przekonać, ale również uczucie, że jej się to uda. Czuła obok siebie czyjąś obecność. I zupełnie nie czuła się tym faktem zagrożona. Wręcz przeciwnie. Nurtowała ją postać, która towarzyszyła jej w tej dziwnej wędrówce. Chciała wiedzieć kim jest, skąd przybywa, jak wygląda. Ale nie oglądała się za siebie. Miała nadzieję, że czas przyniesie odpowiedzi na te pytania. I koncentrowała się na swoim głównym celu. Usta miała wyschnięte, przez zelówki trampek czuła niemal jak rozgrzany asfalt pali jej stopy, w głowie kręciło jej się od upału i wysiłku, ale podniecenie pchało ją naprzód. Szła coraz szybciej. A majaczący w rozgrzanym powietrzu cel wydawał się w ogóle nie przybliżać. Zupełnie jakby szła po treningowej bieżni. Zdobyła się na nadludzki wysiłek i zaczęła biec. Chciała uciec przed zbliżającą się do jej serca trwogą, że i tym razem ani na jotę nie zbliży się do pożądanego celu. Choć raz chciała oszukać strach. Tymczasem w sypialni piętro wyżej rodzice Matyldy kolejny raz zaczynali tą samą rozmowę. - Musimy jej to kochanie powiedzieć – mówił Andrew – im szybciej, tym lepiej. - Nie ma mowy! – ucieła Ann. - Ona to na pewno zrozumie – kontynuował Andrew. - Nie, ona niczego nie zrozumie. Ona nigdy niczego nie rozumie. Jest taka sama jak ty! – Ann zaczęła się denerwować. - Ale przecież i tak kiedyś zauważy. – próbował argumentować Andrew. - Tak, ale im później to nastąpi, tym lepiej! Wiesz jak potrzebuję spokoju! – rozżaliła się Ann. - Oczywiście, oczywiście. – uspakajał żonę Andrew. Doskonale zdawał sobie sprawę jak gwałtowna mogła być reakcja Matyldy. Ona jest taka... przez moment szukał właściwego słowa, taka wrażliwa – dopowiedział sobie w myślach. Czuł, że sam siebie oszukuje. Matylda nie była czuła i wrażliwa, Ann myliła się twierdząc, że jest do niego podobna. Matylda zachowywała się jakby była egoistyczną, wypraną z jakichkolwiek uczuć suką. Zupełnie jak jej matka – uśmiechnął się kwaśno. - Gdyby wiedziała może właśnie dałaby ci spokój? – podjął ostatnią próbę. - Gdyby wiedziała zamęczyłaby mnie. – odrzekła ziewając Ann – Dobranoc. – ucięła rozmowę. - Dobranoc – odrzekł Andrew i pilotem zgasił światło. Matylda biegła i czuła jak żar wypala jej płuca. Dobrze, niech umrę – myślała – nareszcie będę miała święty spokój. Zakrztusiła się. Potknęła. Czyjaś dłoń chwyciła jej rękę. Pociągnęła do ją do przodu. Matylda spojrzała w bok. Zobaczyła pogodną twarz biegnącego bok niej, a właściwie razem z nią mężczyzny. Zanim zdążyła zapamiętać szczegóły jego wyglądu, twarz rozmazała się, Matylda zamknęła powieki, kaszlnęła ponownie, otwarła oczy i tym razem z cała ostrością zobaczyła nad sobą znienawidzoną gębę babki, która bezceremonialnie ciągnąc ją za rękę wywlekała ją z łóżka. - Wstawaj wreszcie! Ubieraj się! Już wpół do ósmej! – obwieściła babka tonem kaprala. - Nieee, nieee chcę, jeszcze minutę... – żebrała Matylda. Zamknęła oczy i próbowała wrócić na drogę. Poczuć choć przez chwilę ten elektryzujący uchwyt, popatrzyć na sekundę w jego oczy. Babka była nieugięta i bezwzględna. Bez zbędnych ceregieli wyciągnęła ledwie czterdziestokilogramowe nagie ciało Matyldy wprost na dywan. - Wstawaj! – ryknęła. Matylda dowlekła się jakoś do łazienki. Trzasnęła za sobą drzwiami. Łzy ciekły jej po policzkach. Być może właśnie straciła jedyną w życiu, niepowtarzalną szansę by dowiedzieć się czegoś o mężczyźnie jej życia. Była teraz już bowiem absolutnie pewna, że mężczyzna znalazł się w jej śnie tylko po to, by jej pomóc. W dotarciu do stacji i w realizacji wszystkich dalszych celów i zamierzeń, jakiekolwiek by one być nie miały. Szczotkowała włosy, gdy nagle, w pół ruchu uświadomiła sobie, że osoba uparcie zostawiająca anonimowe komentarze na jej blogu też wspominała coś o jakimś śnie. Matylda uśmiechnęła się przez łzy. Rzuciła szczotkę na podłogę, włożyła pospiesznie i nieco byle jak ubranie, zasznurowała czerwone trampki, poderwała plecak, w biegu wypiła, ignorując zupełnie ględzenie babki szklankę coli, złapała jakiś batonik i wypadła na drogę. Arcykapłan spoglądał z wąskiego jak strzelnica okna swojej prywatnej sypialni na budzące się ze snu miasto. Jego czerwone świadczyły o nieprzespanej nocy. Czuł przytłaczające go brzemię odpowiedzialności. Chciał, bardzo chciał uniknąć przewidzianych na tą okoliczność działań, ale złowrogie wydarzenia ostatnich dni nie zostawiały miejsca na spekulacje. Musiał działać i to możliwie szybko. Złowroga i pilnie strzeżona przepowiednia dotycząca nadejścia Bezimiennego była jedynym logicznym wytłumaczeniem dla niepokojących zdarzeń. Arcykapłan odwrócił się od okna i w tym momencie ostrze sztyletu rozerwało jego serce. Ułamek sekundy później promienie słońca wpadły do pokoju. Zafalowały, przez moment na przeciwległej ścianie zatańczył czyjś cień. Cień rozwiał się tak szybko, że ewentualny obserwator tej sceny nie mógłby nawet z całą pewnością twierdzić, ze kogokolwiek czy cokolwiek widział. Tym bardziej nikt nie uwierzyłby w opowieść małej dziewczynki, która spod przymkniętych powiek oglądała niewiarygodną scenę morderstwa jednego z najpotężniejszych ludzi całej krainy. 2004-10-25 22:15:37 skomentuj (7) siec Gdy Matylda konczyla notke brzask powoli mieszal sie z noca, lamal czern, jak mleko lamie czern, gdy wlewa sie je do kawy. Matylda z radoscia zanurzyla sie w swiezo przebrana posciel. Tym razem nie musiala dlugo czekac na sen. Wlasciwie nie musiala czekac wcale. Oczy zamknely sie jej same i spala zanim jeszcze jej policzek zdazyl oddac czastke swego ciepla chlodnej poduszce. Nie widziala, bo nie mogla widziec, ze w tym samym momencie, na trawniku pod jej oknem kwiat krokusu rozchylil swoj kielich. Otworzyl sie na pierwsze, juz niemal wiosenne, promienie slonca. Zaufal im. Zaufal, ze go ogrzeja i nakarmia. Matylda obudzila sie w poludnie. Odruchowo sprawdzila komorke. Nie bylo na niej zadnych nowych wiadomosci. I juz chciala przewrocic sie na drugi bok i kontynuowac sen, gdy nagle przeszlo jej przez mysl, ze po wczorajszym okropnym dniu powinna jednak zrobic cos dla poprawy atmosfery wokol wlasnej osoby. Tym bardziej, ze miala pewne plany dotyczace wieczornego wyjscia w nadchodzacy weekend a wszystko wskazywalo na to, ze w obecnym stanie rzeczy wyjscie bylo rownie realne jak, dajmy na to, calkowite wyprowadzenie sie z domu, co bylo Matyldy najwiekszym i niezbyt nawet skrywanym marzeniem. Klnac w duchu na niesprawiedliwosc i bezwzglednosc swiata zebrala z podlogi wszystkie zgromadzone tam w ciagu minionego tygodnia, a moze nawet, sadzac po ilosci, minionych dwoch tygodni brudy, lacznie z mocno juz cuchnaca stara posciela i obladowana ponad sily udala sie do lazienki. Pralka, bezduszna maszyna, odmowila przyjecia calosci prania. Matylda kopnela ja, niezbyt mocno, tupnela ze zlosci, zaklela jak szewc i ukoiwszy w ten sposob nieco rozdygotane nerwy, zatrzasnela drzwiczki pralki i wcisnela klawisz z napisem ,,start’’. Nastepnie, z zamiarem rozpoczecia porannej toalety, obrocila sie w kierunku lustra. Twarz, ktora zobaczyla, natychmiast wywolala kolejny atak wscieklosci. - Jak ja, kurwa, wygladam? – zapytala retorycznie na glos. Te zniszczone pseudoloki z wlosow cienkich jak promien lasera. Ten napuchniety i przekrzywiony nos. Te jebane dwie szramy na czole. Te wszechobecne pryszcze. Krzywe zeby i wiecznie spekane wargi dopelnialy, zdaniem Matyldy, obrazu nedzy i rozpaczy. - Nienawidze cie! Slyszysz? – wysyczala do odbicia w lustrze. Godzine pozniej, umyta, ubrana i niepewna tego, co ja czeka, Matylda wkroczyla do salonu. Ku jej niewyslowionej uldze wszystko wskazywalo na to, ze dzisiejszy niedzielny obiad odbedzie sie w scisle rodzinnym gronie, bez znienawidzonych przez nia kuzynow. I rzeczywiscie, tej niedzieli obiad uplynal, jak podano by w komunikacie prasowym, gdyby byl to oficjalny obiad bardzo znanych i waznych osobistosci, w przyjaznej, rodzinnej atmosferze. Matylda ostatkiem sil powstrzymala sie by nie trzasnac sztuccami o stol, jak to miala w zwyczaju i nie wyemigrowac obracajac sie na piecie do swojego pokoju, ale udalo jej sie utrzymac nerwy na postronku, z czego nawet byla niezwykle dumna. Tak, wspaniala ze mnie aktorka i hipokrytka – myslala. I z ta mysla narzucila swa nieco wytarta jasno brazowa kurtke i udala sie na popoludniowa msze. Po drodze spotkala swoja ni to kolezanke, ni to rywalke Neomi. Dziewczeta wymienily powitalne ,,czesc’’ i wspolnie przeszly ulice. - Slyszalam, ze masz szlaban? – rzucila Neomi. - Kurwa, w tej wsi nie mozna kaszlnac, zeby wszyscy o tym nie wiedzieli. – zdenerwowala sie Matylda. I dodala zaczepnie – mam, no i chuj z tego? - Ej, nie musisz sie od razu napirzac – rzucila pokojowo Neomi. Weszly do kosciola i znalazly nawet jeszcze siedzace miejsca. - Ty, a ten ktos, kto Ci komentuje notki na blogu to kto? – spytala Neomi. - Chuj wie. – odparla Matylda. Choc i ja coraz bardziej nurtowalo to pytanie. Nie lubiala dziwnych i niejasnych sytuacji a tu wlasnie z taka miala do czynienia. Matylda popadla w zadume. W pewnym momencie dobiegl ja fragment z Ewangelii „... zarzuccie siec!’’ mowil Jezus do swoich uczniow. Matylda usmiechnela sie. Choc nie lubila sieci i pajakow. Postanowila pojsc za glosem Pana... 2004-10-08 19:32:34 skomentuj (1) Droga z soboty ku niedzieli. Matylda zapadła, po raz kolejny tego dnia, w sen. Nie był to dobry sen. Jej ciałem wciąż targały spazmy płaczu. Krztusiła się łykając łzy. Ciemność pochłaniała ją coraz bardziej. Wsysała w siebie. Wyzwalała od myśli. To było zbawienne wyzwolenie. Ale ciemność miała w sobie też coś przerażającego. Coś, czego nie umiała nazwać, czaiło się nie tyle w niej, ile raczej w jej ciemnowłosej głowie. Miała wrażenie, że jest na łące. Ale nad tą łąką nie świeciła żadna gwiazda. Niebo, o ile było nad nią w ogóle jakieś niebo, było jednostajnie czarne, równie czarne jak ziemia, którą deptała i jak powietrze, które wciągała do płuc. Nie było to orzeźwiające powietrze, był w nim lekki posmak stęchlizny i czegoś jeszcze, czegoś o słodko-mdłym zapachu. Matylda wyciągnęła przed siebie dłonie. Ze zdziwieniem wymacała lód. Nie, to nie był lód, nie topił się pod wpływem jej dotknięcia. To był lodowo zimny kamień. W tym momencie Matylda poczuła, że i jej samej robi się zimno, a lodowa obręcz zaczyna ściskać jej serce i myśli. Oderwała ręce od skały. Uczucie zimna minęło. Wyciągnęła je w innym kierunku. Znów skała. Przez chwilę myślała, że znalazła się w skalnej pułapce bez wyjścia. Poczuła mrowienie i spływającą po plecach kroplę potu. Uświadomiła sobie, że nie licząc stringów, jest kompletnie naga. Czuła narastającą panikę. Chciała krzyczeć i biec przed siebie na oślep, ale strach nie pozwalał jej ruszyć się z miejsca. Ponownie wyciągnęła dłonie i zaczęła macać nimi przestrzeń wokół siebie. Natrafiła na miejsce, w którym nie było skał i w tym momencie zdała sobie sprawę, że jest w kamiennym tunelu. Miała nadzieję, że był to tunel, a nie kiszkowata grota bez wyjścia. Po omacku zaczęła się posuwać naprzód. Tunel, o ile rzeczywiście był to tunel, to zwężał się, to rozszerzał, ale właściwie nigdy nie musiała przeciskać się między skałami. Niemal wcale nie musiała też pochylać głowy by nie uderzyć nią w powałę. Po pewnym czasie odzyskała nieco pewności siebie. Poruszała się żwawiej naprzód, jedną dłoń trzymając na ścianie, drugą – dotykając sufitu. Starała się nie poddać strachowi, nie z takich opresji w końcu już wychodziła. Nagle potknęła się. I to nie o skałę lecz o coś miękkiego. Upadła, podparła się dłońmi, ale te nie utrzymały jej, rozjechały się na kałuży jakiejś lepkiej, kleistej cieczy. Matylda cudem tylko uniknęła uderzenia twarzą w podłogę jaskini. Zaklęła. Przykucnęła. I zamarła. Usłyszała szelest jakby tysięcy motylich skrzydeł poruszających się w jednym rytmie. Odgłos najwyraźniej dochodził od przeszkody, na której się potknęła! Wyciągnęła dłonie. Dotknęła czegoś miękkiego, nacisnęła palcem, substancja stawiała niewielki opór, pod jej warstwą dawało się wyczuć zdecydowanie bardziej twarde podłoże. Poczuła łaskotanie na rękach. Coś na nią wchodziło! Krzyknęła. Nienawidziła owadów, robaków i wszelakiego gadziajstwa, a już najbardziej nienawidziła pająków. Jedną dłonią macała nadal leżący na kamiennej podłodze przedmiot a drugą usiłowała strącić z siebie, to coś, co na nią uparcie wpełzało. W pewnym momencie stwierdziła ze zdziwieniem i przerażeniem, że przedmiot jest zniekształconą ale niewątpliwie ludzką nogą. Mówiąc dokładniej, nogą w stanie rozkładu. Odruch wymiotny Matyldy był silniejszy i szybszy niż cokolwiek innego. Nie zdążyła nawet odchylić głowy, zwymiotowała wprost na leżące pod nią ciało. Była śmiertelnie wycieńczona i przerażona. Resztkami sił przesuwała dłonie w kierunku korpusu ciała i wyżej, w stronę głowy. A raczej miejsca, gdzie powinna być głowa. Ale jej nie było! Ciało kończyło się krótkim kikutem szyi! Matylda, oszalała z przerażenia, skuliła się w sobie i zaczęła wyć. Ileż dałaby teraz za powrót choćby do swego znienawidzonego domu... W tym momencie ciemności rozdarło purpurowe światło. W jego blasku Matylda dostrzegła obrys czegoś, co być może jeszcze bardzo niedawno było kobiecym ciałem, a teraz było górą mięsa pokrytą milionem pająków! I wciąż nadchodziły nowe. To dźwięk ich nóg Matylda wzięła za trzepot motylich skrzydeł. Tego było Matyldzie zdecydowanie za dużo. Z przeraźliwym krzykiem rzuciła się w kierunku źródła światła. W tym momencie obudziła się. Oślepiała ją... jej własna lampa zwisająca nad łóżkiem. Co za ulga. Własne łóżko! Mniej przyjemne było odkrycie własnych wymiocin, w których leżała. Coś innego było jednak nieporównanie mniej przyjemne. Krzyk. Ostry krzyk. Dobiegający nie z jej gardła, niestety, lecz z gardła Ann, której postać stała na progu pokoju Matyldy i kipiąc złością i nienawiścią wpadała w furię. Kilka godzin później, w środku nocy, a może już bardziej w niedzielny ranek, Matylda siadając przed swym kompem nadal nie mogła zrozumieć jakim cudem uniknęła śmierci z rąk matki, o zabraniu kabli do komputera nie wspominając. Było jej to jednak obojętne. Koncentrowała się na notce, którą z pasją wklepywała w kompa. Opowiadała w niej światu, o minionej sobocie, o nadchodzącej niedzieli i przede wszystkim o cierpieniu, które wypełniało jej życie. 2004-09-24 19:08:44 skomentuj (4) wzlot i upadek Sobotni obiad stanowił zaledwie preludium do niewypowiedzianej męki i koszmaru jakim dla Matyldy były obiady niedzielne. Już sam fakt ich istnienia, nieunikniona perspektywa niedzieli pojawiającej się na widnokręgu myślowym Matyldy najpóźniej w sobotę wieczór, odbierały jej wszelką radość z weekendów. Gorzej, napawał ją strachem, obrzydzeniem i zwątpieniem. Tym większym, że niedziela oznaczała też przymusowo radosne uczestnictwo w zbiorowym obrzędzie religijnym jakim było wyjście do kościoła. Kościół kradł cenne godzinny przedpołudniowego snu. Czy Bóg naprawdę wymaga ode mnie bym wstawała w niedzielę o wpół do dziesiątej rano – pytała się często w duchu. I nigdy nie dostała na to pytanie odpowiedzi. Nawet wtedy, gdy wciąż i wciąż, by nie usnąć, zadawała je półgłosem w kościele. Bóg, jeśli też uczestniczył w mszach sprawowanych w barbarzyńsko wczesnych porach, w co Matylda osobiście bardzo wątpiła, nigdy nie odezwał się do niej ani słowem, nie dał żadnego znaku, nie potwierdził, że oczekuje od niej, właśnie od niej, aż takiego poświęcenia. Droga do kościoła była dla Matyldy drogą krzyżową. A na końcu drogi powrotnej stał niedzielny obiad i naigrywał się z jej nieszczęsnego życia. Matylda co tydzień obiecywała sobie, że następnym razem już na pewno się zbuntuje i głośno powie „nie”. Nie – porannemu wstawaniu w niedzielę, nie – wyjściu do kościoła, nie – rodzinnemu obiadowi i wreszcie na koniec nie – poniedziałkowi! Zwykle jednak w niedzielne ranki była tak zaspana, że nie była w stanie wykrzesać w sobie dość energii do buntu i biernie poddawała się niosącemu ją strumieniowi życia. Póki co, na szczęście, była sobota i istniała pewna szansa, że Matyldzie szybko uda się uciec od stołu. - Posprzątałaś? – usłyszała zaraz na progu. Ton głosu matki nie zapowiadał niczego dobrego. Nie chcąc ryzykować otwartego konfliktu, który nie wiadomo czym mógł się skończyć, Matylda mruknęła tylko niezobowiązujące – yhm – i usiadła przy stole. Ku jej wielkiemu zaskoczeniu matka w tym momencie wstała i nie tylko odeszła od stołu ale wręcz wyszła z pomieszczenia. Za nią bez słowa podążył Andrew. Coś dziwnego dzieje się dziś w tym domu – przemknęło Matyldzie przez głowę. Nie poświęciła jednak tej myśli zbyt wiele uwagi, bo zdecydowanie ważniejszy wydawał jej się teraz problem zmylenia czujności babki i opuszczenia kuchni z pełnym talerzem, którego zawartości przy nadarzającej się okazji pozbędzie się dyskretnie w toalecie. Bez konieczności jej wcześniejszego przepuszczenia przez własny brzuch. Matylda nadal zdecydowanie nie miała ochoty niczego jeść. - Zjem u siebie – wypuściła balon próbny, a gdy ten nie został przebity przez babkę, podniosła się i wstała z pełnym talerzem. W tym momencie jej wzrok padł na gazetę, której pierwsza strona krzyczała o czymś, na co Matylda od dawna czekała i o czym na śmierć zapomniała. Przejęta, czując już wstępujące na jej twarz rumieńce sięgnęła po gazetę by zobaczyć dokładniej o której godzinie miała rozpocząć się transmisja z turnieju skoków narciarskich. Dyscypliny sportu, której Matylda, ku zdumieniu całej rodziny, była zawziętym fanem. Przez moment czuła lekki niepokój, że konkurs mógł odbyć się przed południem w czasie gdy w najlepsze spała a jej siły duchowe koncentrowały na pokonaniu pustynnej drogi. W tym momencie talerz z obiadem, który do tej pory trzymała w ręce, ale o którym zdążyła dawno zapomnieć, przypomniał o swoim istnieniu rozbijając się o kamienną posadzkę kuchni z głośnym hukiem. Matylda skamieniała. Naprawdę nie mogła sobie darować swojej nieuwagi. Wszystko szło tak dobrze. Była o krok od zniknięcia z pola widzenia rodziny, a konkurs, jak zdążyła zauważyć, miał się rozpocząć dopiero za pół godziny. A tu ten nieszczęsny obiad. Najgorsze było to, że za jego rozbicie odpowie ona i tylko ona. A przecież, wiedziała to dokładnie, była to tylko i wyłącznie ich wina! Gdyby tylko nie zmuszali jej do jedzenia nie byłoby problemu. - Czy ty nie możesz choć przez moment uważać? – warknęła babka. - Co się tam znowu dzieje? – dobiegł z góry głos matki. - Nic, nic, rozbił się talerz, nic wielkiego. – odkrzyknęła babka. Zabrzmiało to niemal tak jakby chciała matce powiedzieć by nie schodziła na dół zobaczyć na własne oczy co jej szanowna córka znów zmalowała. To był kolejny element tego dnia, który dla Matyldy był kompletnym zaskoczeniem. Babka nigdy nie rezygnowała z okazji by się na niej powyżywać gdy tylko nadarzała się okazja. I najbardziej lubiała to robić do do spółki z Ann. - No co tak stoisz? – głos babki wyrwał ją z zamyślenia. – Rusz się i posprzątaj to przynajmniej teraz. I naprawdę nie musisz rozbijać naczyń by nie jeść obiadu. – dorzuciła. Matylda sięgnęła po szmatę i trzęsącymi się ze zdenerwowania rękami próbowała zetrzeć ślady najnowszego zniszczenia. Babka przyglądała się temu z wymalowanym na twarzy smutkiem i pogardą. Wreszcie nie wytrzymała, wyrwała jej szmatę z ręki i przegnała z kuchni. Matylda wpadła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi i oparła się o nie, gotowa siłą bronić wstępu do swojego pokoju. Nikt za nią jednak nie szedł. Z uczuciem ulgi wypuściła powietrze. Na zielonkawej kanapie wciąż stała paczka ledwo napoczętych czipsów, obok prężyła się butelka coli. Matylda włączyła telewizor. Popołudnie zapowiadało się o wiele lepiej niż wskazywał na to dotychczasowy przebieg dnia. Matylda sięgnęła do swojej tajnej szuflady i z ulgą stwierdziła, że przechowywane w niej na specjalne okazje pudełko czekoladek Milka jest niemal pełne. Nikt i nic nie mogło zepsuć jej popołudnia! Konkurs wydawał się emocjonujący. Finowie szybowali daleko, co Matyldę wprawiało w coraz lepszy humor. Austriacy skakali kiepsko i to doprowadzało ją niemal do euforii. Ale kulminacja wszelkich uczuć nastąpiła w momencie, gdy komentator zapowiedział jej ukochanego Madinka. Jego egzystencja, a zwłaszcza zniewalający uśmiech, nadawał barw i sensu życiu Matyldy. Dodawał jej sił. Krzepił nadzieją. Matylda zdenerwowana do granic obłędu zamknęła oczy, zacisnęła z całej siły pięści i wbiła je sobie w uszy. Z całej siły koncentrowała się na tym by na jej myślach jej Madinek poszybował jak najdalej. By jej miłość i bezgraniczne uwielbienie dodało mu skrzydeł i pchnęło kilka metrów dalej. Serce waliło jej jak oszalałe. Wreszcie otwarła oczy. Realizator pokazywał zawodnika z już zdjętymi nartami, które wystawiał, zgodnie z ogólnie obowiązującymi zaleceniami sponsorów, prosto do mikrofonu. Jak przez mgłę docierały do niej słowa komentatora. Ich sens docierał z pewnym opóźnieniem. Nie! W ogóle nie chciała ich słuchać. Nie chciała pogodzić się z tym, że jej ideał był w ustach komentatora zachodzącą już niestety gwiazdą skoków. - Gówno wiecie! Wy wszyscy gówno wiecie! – ryknęła. Błyskawicznie wyłączyła telewizor. Nie chciała oglądać powtórki. Nie chciała więcej słuchać słów raniących jej serce. Chciała umrzeć. Ze szlochem rzuciła się na lóżko, wciąż utytłane lodowym wybuchem. PS> Od dawien dawna? Ale wiesz, tamtej wertercii juz nie ma i juz nigdy nie bedzie i... lepiej gdyby jej w ogole nie bylo! 2004-09-13 13:32:47 skomentuj (2) obiad Jej zal, poczucie glebokiej krzywdy i niesprawiedliwosci, ktore ja spotkaly narastaly. Zacisnela z calych sil prawa piesc na przescieradle. Lewa dlonia chwycila sie za wlosy i szarpala je w nadziei, ze realny bol pozwoli jej choc na chwile zapomniec o trawiacym jej dusze cierpieniu. Cierpieniu, ktore towarzyszylo jej mniej wiecej od osmiu lat i ktore z kazdym dniem stawalo sie coraz bardziej nie do zniesienia. Szlochala i jednoczesnie spazmatycznie lapala ustami powietrze. Po chwili atak przeszedl i mogla wbic zeby w poduszke. Przestala sie ciagnac za wlosy. Obtarla lewa dlonia lzy. Prawa wciaz trzymala zacisnieta na przescieradle. Przydalaby sie jej jeszcze chusteczka do wytarcia nosa, ale nie byla w stanie jej szukac. Niczego juz nie byla w stanie zrobic. Chciala udusic sie, zostac tak na lozku na zawsze. Nowa fala zalu zalala jej serce. Tak bardzo pragnela nie byc sama. Oddalaby wszystko zeby tylko ktos przy niej byl. Zeby ja przytulil. Zeby poglaskal jej ciemne wlosy. Zeby byl blisko. Zeby mogla go dotknac, wtulic sie w niego. Zeby grzal swoja dlonia jej lodowate palce. I zeby zabral ja stad daleko, jak najdalej. I zeby powiedziel, ze wszystko bedzie dobrze. I zeby wszystko bylo dobrze. Byla miedzy jawa i snem, gdy wrocil meczacy ja od wielu tygodni obraz. Szla asfaltowa droga, ktorej ciemna i nierealnie prosta nitka przecinala piaszczysta pustynie. Byla smiertelnie zmeczona. Czerwone platki wirowaly jej przed oczyma. Szla jak slepiec z wyciagnietymi przed siebie rekami. Jakby bala sie, ze uderzy w jakas niewidoczna szybe. Zataczala sie. Upadala. Piekly ja poobijane do krwi kolana i dlonie. W oddali majaczyl sie jakis budynek. Przypominal stacje benzynowa z amerykanskich filmow drogi. Chciala zawolac o pomoc, ale gardlo miala zbyt wyschniete, byla w stanie wydobyc z niego jedynie skrzeczacy szept. Wysilek, ktory w to wkladala na pewno nie byl wart osiagnietego efektu. Krzyk palil ja w gardle i plucach. Znow upadla. I znow, jak zawsze od kilku dni, nie mogla oprzec sie wrazeniu, ze ktos idzie za nia, a moze nawet obok niej. Nikogo nie widziala i nie byla w stanie przystanac i rozejrzec sie. Jakas sila kazala jej kontynuowac wedrowke. Pchala ja ku tej stacji, ktora rownie dobrze mogla okazac sie fatamorgana. A wrazenie, ze nie jest sama, ze ktos jest obok, ze idzie z nia potegowalo sie. Z nadzieja pomyslala, ze ten ktos moze jej pomoc. Moze ja wesprzec. Moze wyciagnac pomocna dlon. I moze doprowadzi ja wreszcie do miejsca, do ktorego o wlasnych silach nie byla w stanie dotrzec. -- Matylda! -- dwa glosy zlaly sie w jeden. Pustynia zniknela. Matylda czerwonymi od placzu oczyma rozgladala sie po swoim pokoju. Wydarzenia tej nieszczesnej soboty przelecialy jej przed oczyma. -- Matylda! -- dobiegl zza okna glos jej najlepszej przyjaciolki. Nie, poprawila sie w myslach, kolezanki. Nie miala przyjaciol. -- Matylda! – zabrzmialo w tej samej sekundzie z glebi domu i uslyszala zblizajace sie do drzwi jej pokoju kroki. Kurwa! – zdazyla pomyslec. Odglos krokow ucichl. -- Matylda? Z ulga rozpoznala glos ojca. -- Tak? – zachrypiala. -- Chodz corus, zaraz bedzie obiad. -- powiedzial Andrew i ku niewypowiedzianej uldze Matyldy odwrocil sie nie otwierajac drzwi i podreptal w glab mieszkania. -- Ma-tyl-da! – niecierpliwil sie glos za oknem. Matylda otwarla okno. Chlod marcowego popoludnia zderzyl sie z jej rozgrzanym cialem. Zatrzesla sie. -- Czego sie drzesz pizdo? – zapytala w malo kulturalny, ale powszechnie przyjety wsrod jej rowiesnikow sposob. -- Idziesz do parku? – zapytala Justi. Z jej ust wyrosl rozowy balon. Rosl i pecznial, zaslaniajac juz niemal polowe twarzy dziewczyny. -- Mam szlaban. Balon pekl. – Cos zrobila? – zainteresowala sie Justi. -- Jutro ci opowiem – rzucila Matylda. Ponownie zadygotala z zimna. Zdecydowanym ruchem zamknela okno dajac znac stojacej pod nim dziewczynie, ze rozmowe uwaza za zakonczona. Siegnela po walajace sie po podlodze czesci garderoby i zaczela sie pospiesznie ubierac. Nie chciala by ktos jeszcze pofatygowal sie przypomniec jej o obiedzie. A tym bardziej by zauwazyl, ze absolutnie niczego nie zdazyla posprzatac. Strazniczka Ciemnosci pewnie przeciskala sie waskim korytarzem grobowca. Znala na pamiec ta droge. Kazdy wystajacy kamien, kazde miejsce, w ktorym szczegolnie nisko trzeba bylo schylic glowe. Nie potrzebowala do orientacji docierajacego za nia az do tej czesci korytarza swiatla glownej komnaty. Nagle poczula uderzenie lodowatego powietrza. Zatrzymala sie. Katem oka dostrzegla odrywajacy sie od sciany Cien. Otwarla usta. Blysk przeszyl powietrze. Glowa kobiety z hukiem opadla na kamienna podloge. W zamarle w niemym krzyku usta wpadly ziarenka piasku. Jej bezglowy korpus wykonal kilka plasawicznych ruchow, padl na kamienie i podskakiwal jeszcze przez chwile w nieskoordynowanych drgawkach. Kaluza czarnej w tym mroku krwi rozlala sie na cala szerokosc korytarza. Cien zanuzyl w niej reke i wypisal na scianie jedno slowo. Intensywne sloneczne swiatlo, ktore wypelnialo glowna komore grobowca zgaslo rownie nagle jak chwile wczesniej rozblysnelo zlotym blaskiem. Cien zniknal. Bo choc nalezal do swiata ciemnosci, nie mogl zyc bez odrobiny swiatla. 2004-09-07 19:53:23 skomentuj (1) Lamanie lodu Matylda zatrzepotala powiekami. Kto smial wyrywac ja ze snu w sobote? W jej ukochany dzien tygodnia. Pomyslala i przeklela w duchu. Siegnela po telefon. Wyswietlacz pokazywal, ze ma 3 nowe wiadomosci. Ich lekture postanowila odlozyc na pozniej. Ponadto pokazywal, ze dochodzi poludnie. Przymknela powieki w nadziei, ze sen wroci. Zamiast niego poczula jednak potezny przyplyw glodu. Wlasciwie nie byl to tyle przyplyw, co potezne ssanie. Ssanie, ktore narastalo z kazda minuta, ktore trzeslo jej wnetrznosciami, ktore pochlanialo ja z zarlocznoscia czarnej dziury. Nie jadla nic od dwoch dni. Nie jadla, bo byla zla. Zreszta nie potrzebowala powodu by nie jesc... Polozyla dlonie na udach, przesunela je delikatnie w gore. Nie, nic z tego nie bedzie! Rwacy bol sciskajacy zelazna obrecza jej zoladek nie pozwalal skierowac mysli ku bardziej, zdecydowanie bardziej, pociagajacej sferze zycia. Kurwa - zaklela w mysli. Niechetnie siadla na lozku i wlozyla majtki. Wyjscie do kuchni bylo niebezpieczne. Moglo skutecznie spierdolic ten i tak zle zaczety dzien. Zawsze zasypiala z mysla zeby sie wiecej nie obudzic. I kazde kolejne przebudzenie napelnialo ja niechecia i trwoga. Bardzo chciala sie nie obudzic. Myslala o smierci. Natretnie, obsesyjnie, maniakalnie. Glod wyrwal ja z tych mysli. I skierowal jej kroki do kuchni. Na szczescie nie bylo tam matki. W kacie siedzial tylko dziadek nad gazeta. -- Czesc dziadek -- rzucila. -- Czesc dziecinko -- odparl dziadek tonem, w ktorym wyczula nutki zalu. Pewnie znow dostal opierdol - pomyslala. Nie miala czasu sie nad nim uzalac, miala dosc wlasnych problemow. Chciala jak najszybciej oddalic sie z tego niebezpiecznego miejsca. Otwarla lodowke, wyjela z niej 2-litrowa butelke coca-coli, odruchowo otwarla ja i wypila dwa lyki. Westchnela z ulga, gdy poczula chlod plynu docierajacy do jej skurczonych wnetrznosci. -- Ile razy ci mowilam zebys nie pila prosto z butelki!? -- uslyszala. Ulamek sekundy pozniej do kuchni wtoczyla sie babcia Maria. -- I ile razy ci mowilam zebys nie chodzila po mieszkaniu gola! -- zagderala. Zanosilo sie na dluzsze gledzenie. Matylda westchnela i przeklela w glebi ducha moment, w ktorym opuscila przytulne zacisze swojego pokoju. Babka nabierala tchu do kolejnych uwag, gdy niespodziewanie zza drzwi wejsciowych zabrzmial glos matki -- Marysiu! -- Juz ide -- odkrzyknela babka i patrzac na Matylde z niechecia zagderala na odchodnym. -- Zjedz cos! I ubierz sie! Po czym zniknela. Matylda porwala z szafki otwarta paczke chipsow, siegnela do zamrazalki po loda i juz jej nie bylo. -- Koniec swiata -- szepnal dziadek. Nie mial nadziei, ze ktos podchwyci ta apokaliptyczna mysl. Przeciwnie, liczyl, ze nikt go nie uslyszy. -- Koniec swiata -- powtorzyl i lyknal ze skrywanej pod stolem szklanki. Matylda polozyla loda na lozku. Wyjela kilka chipsow z torebki, odkrecila butelke coli, pociagnela z niej kolejny lyk, wlaczyla komputer i skierowala wzrok za okno. Tym razem myslala o zyciu. Po co ono jest? Jaki jest jego sens? Im wiecej nad tym myslala, tym bardziej byla pewna, ze zycie nie ma zadnego sensu, ze jest tylko meczarnia. A jednak lubiala ta meczarnie. Mimo, ze nie byla akceptowana przez tak zwana wiekszosc. Mimo, ze nie miala przyjaciol. Mimo, ze czula swoja innosc. Zreszta to ona ja tu wciaz trzymala. Lubila poczucie innosci, niezaleznosci. Lubila samotnosc. I lubila sie wyrozniac. Ann stanela przed drzwiami prowadzacymi do pokoju corki i przez moment sie zawahala. Westchnela ciezko. Przywolala na twarz usmiech. I nacisnela klamke. Matylda, jak zwykle nago, siedziala przed komputerem ze wzrokiem utkwionym w jakims niewidocznym stad punkcie za oknem. Ann powstrzymala sie od komentarza na temat stroju corki. Ich wczorajszy wieczor zakonczyl sie scena, ktorej teraz zalowala, bylo jej przykro i za ktora chciala corke przeprosic. I to mimo iz czula, ze tak naprawde wina nie lezy po jej stronie. Ale chciala wyciagnac dlon. Za wszelka cene chciala zmniejszyc dzielacy je dystans. I zupelnie nie wiedziala jak to uczynic. Chrzaknela, przysiadla na lozku i poderwala sie z wrzaskiem. Matylda uslyszala ruch klamki, zobaczyla wkraczajaca do pokoju matke i natychmiast poczula towarzyszace jej zawsze w obecnosci tej kobiety napiecie miesni, uczucie niepokoju, przeczucie nadchodzacej katastrofy. Zanim zdazyla sie zastanowic nad celem wizyty matki, zobaczyla, ze ta sadowi sie na jej lozku. -- Nie! -- krzyknela. -- Nie! Bylo za pozno. Lod, o ktorym zapomniala myslac o bardziej wznioslych sprawach zdazyl sie rozpuscic, opakowanie przycisniete ciezarem matki nie wytrzymalo, peklo i na poscieli Matyldy, na podlodze, na rozrzuconych po niej ksiazkach, na scianie, na meblach a przede wszystkim na kostiumie matki wykwitly kolorowe i lepkie plamy. -- Ty kurwo! -- Ann nie wytrzymala. -- Natychmiast to posprzataj! Natychmiast! -- wysyczala i wyszla trzaskajac drzwiami. -- Nigdzie nie wolno ci wyjsc przez caly weekend! -- ryknela na caly dom i przeskakujac po dwa stopnie wbiegla na pietro. Po policzkach Matyldy ciekly lzy. Przeciez nie chciala, przeciez... Ekran komputera, obojetny na dramatyzm chwili, wciaz pokazywal jeden jedyny komentarz pod notka, ktora tworzyla do drugiej w nocy. To byl jego komentarz. Nie miala ochoty go teraz czytac. Na nic nie miala ochoty. Wylaczyla kompa i ze szlochem rzucila sie na lozko. 2004-09-05 17:41:35 skomentuj (4)
|
Goscie: zobacz slady zostaw slad To juz bylo: 2004 grudzień październik wrzesień sierpień bracia i siostry w blogu cudowne dziecko nienasycenie gleboka ciemnosc studzienna pustka zatracone dziecinstwo |